Czy klasa robotnicza zniknęła?


Upadek bloku wschodniego i powrót kapitalizmu w Chinach oznaczał dla kapitalistów początek nowej ery, szybko ochrzczonej „końcem historii” przez największych geniuszy kapitalistycznej akademii. Wchodząc w nowe stulecie, wszyscy tradycyjni rywale Ameryki byli znokautowani, a dominacja „wolnego świata” pod jej egidą miała stanowić podstawę kolejnego stulecia. Triumf kapitalizmu i jego apologetów wydawał się absolutny. Głoszono nie tylko koniec historii, ale nawet koniec polityki jako takiej — wszystkie systemy poza liberalną (czytaj: kapitalistyczną) demokracją zawiodły, i reszta świata miała po prostu stopniowo dochodzić w swoim tempie do nowego, liberalnego ideału. Polityka klasowa miała być już przeszłością — zamiast tego zostało jedynie coraz doskonalsze wcielanie w praktykę ideału wolności, równości i własności, rozciąganego teraz na wszystkie zapomniane wcześniej grupy. I wszystkiemu temu koronować miał koniec nie tylko walki klas, ale klas w ogóle — mieliśmy już żyć nie w społeczeństwie podzielonym na bogatych i biednych, a na bogatych i tych, którzy będą bogatymi, na stabilną klasę średnią, której wszelkie prawdziwe potrzeby mają być spełnione, i które czeka reszta życia komfortowego budowania dobrobytu. 

Nawet w momencie powstania tych idei była to mrzonka dostępna tylko i wyłącznie dla garstki najbardziej rozwiniętych krajów kapitalistycznych, i nie zostało z niej już nic. Jednak to, że klasy nie istnieją zostało z nami do teraz. Jeśli już mowa o jakichś klasach w telewizji czy wśród publicystów, mamy do czynienia z klasą średnią, z przedsiębiorcami, a być może lewicowi politycy napomkną o „prekariacie” czy klasie ludowej. Ale broń boże robotnik czy proletariat! Takie słowa to radziecka nomenklatura, przestarzała marksistowska gadka. Dziś nie ma już robotników! Wszyscy są po prostu wolnymi aktorami na rynku. Rzeczywistość ma jednak tę przykrą cechę, że przy zamkniętych drzwiach wejdzie oknem — to, że przestaniemy nazywać robotników robotnikami nie oznacza, że przestaną oni istnieć.

Co na to rzeczywistość?

Najważniejszym kryterium dla każdej teorii jest sprawdzenie jej w praktyce. Jak więc ma się rzeczywistość wobec aktów zgonu wypisanych na robotników? Jednym z głównych argumentów, jaki się wysuwa za tym, że robotników już nie ma, to mała rola przemysłu w dzisiejszej gospodarce. Według genialnych socjologów, robotnik oznacza prostaka pracującego w fabryce betonu, ewentualnie azbestu, i nic więcej. I rzeczywiście, po upadku PRLu większość hut i fabryk zostało wyprzedanych i zamkniętych. Jednak dla marksistów, klasa robotnicza oznacza ludzi, którzy nie mają na własność środków produkcji, i którzy z tego powodu muszą sprzedawać swoją zdolność do pracy za pensję. Nieważne w jakim zawodzie czy gałęzi gospodarki. Polska intelektualna „elyta” z własnego nadania wzięła zwulgaryzowaną wersję marksizmu promowaną przez stalinowską biurokrację, następnie tę karykaturę podkręciła do n-tego stopnia, i z taką karykaturą stanęła w szranki, a następnie ogłosiła swoje zwycięstwo. Starczy bardzo szybka weryfikacja danych — według GUS, w 2024 roku, spośród 15 milionów pracujących w Polsce, pracownicy najemni stanowili blisko 12 milionów. To znaczy, rzeczywista klasa drobnych posiadaczy jest 4-krotnie mniejsza od klasy robotniczej. Sama ta statystyka powinna posłać w zapomnienie całą gadaninę o końcu klasy robotniczej. Dodajmy to tylko, że warunki życia drobnych posiadaczy o wiele bliższe są klasie robotniczej, niż klasie kapitalistów.

Ale weźmy nawet tę karykaturę — robotnicy są tylko w przemyśle. Czy rzeczywiście usługi wyparły całą resztę gospodarki? Co w ogóle kryje się za tymi usługami? Znowu, usługi przedstawia się jako rezerwuar klasy średniej — drobnych sklepikarzy, wykwalifikowanych pracowników IT czy korporacji, sektora finansowego itd.. Według najłatwiej dostępnych danych, w usługach zatrudnionych jest blisko 60% Polaków. Ale twarde rozdzielenie na usługi i produkcję jest zwyczajnie niemożliwe. Aby stworzony produkt zamienić w towar — spieniężyć go, puścić w wir kapitalistycznej wymiany — trzeba przetransportować go, magazynować, następnie sprzedać do ostatecznego konsumenta. Sektor usług jest koniecznym przedłużeniem produkcji — produkcja w kapitalizmie odbywa się właśnie dla zysku, więc cały proces utowarowienia towaru jest tu nieodzowny. Do tego dochodzi cala nadbudowa potrzebna kapitalistycznemu społeczeństwu — lekarze, którzy utrzymują w zdrowiu robotników (którzy, jak każdy inny środek produkcji, niszczeją z czasem); policjanci, sędziowie i prokuratorzy, którzy będą pilnować kapitalistycznej własności; armia urzędników, którzy będą wprowadzać w życie wszystkie nakazy kapitalistycznego państwa; żołnierze, którzy będą pilnować interesów burżuazji wobec zakusów innych kapitalistycznych gangów. Usługi są tak samo miejscem pracy dla robotników jak produkcja. 

Jeśli zajrzymy konkretniej do liczb, szybko zobaczymy: największym sektorem zatrudnienia jest właśnie przemysł przetwórczy; dalej handel i naprawa samochodów; rolnictwo (z rzeczywiście dużym udziałem drobnej własności); edukacja; administracja publiczna i wojsko; budownictwo; opieka zdrowotna. Te sektory zebrane razem odpowiadają za ⅔ zatrudnienia w Polsce. Na skalę światową, klasa robotnicza jest silniejsza liczebnie i w porównaniu z innymi klasami niż kiedykolwiek w przeszłości. W miarę własnego rozwoju kapitalizm przetrzebia szeregi drobnych posiadaczy, i spycha ich do obozu robotników najemnych.

Żeby nie zanudzać czytelnika dalszymi danymi, powiemy tyle — polska gospodarka, w rzeczywistości żadna gospodarka świata, nie opiera się na jakichś „usługach”, które garstka polityków i dziennikarzy wyobraża sobie jako pracę w korporacjach czy na rynku nieruchomości. Klasa robotnicza wciąż istnieje, stanowi zdecydowaną większość społeczeństwa, ograniczanie klasy robotniczej do pracy fizycznej jest wulgaryzacją marksizmu i walką z chochołem, do tego realia ekonomiczne wyglądają tak, że nawet przy tak wygiętych standardach, robotnicy wciąż są większością. Dla czytelników głodnych większej liczby danych, polecamy Rocznik Statystyczny Pracy 2025 autorstwa GUS, który był dla nas głównym źródłem danych.

Naukowy krok wstecz

Dogłębnie odpowiedzieliśmy już na argument o zniknięciu proletariatu ze świata. Zadajmy sobie jednak pytanie — skąd w ogóle taki argument? Jakie są jego klasowe i ideologiczne korzenie?

Jeśli idzie o korzenie klasowe, sprawa jest prosta. Społeczeństwem kapitalistycznym rządzą kapitaliści za pomocą warstwy polityków, dziennikarzy, publicystów i innych zawodowych oszustów, którzy za ładną kasę urabiają „opinię publiczną”. O stanie opinii publicznej stanowi wspólna rozmowa takich osób jak: Rafał Brzoska, Donald Tusk, Tomasz Lis, Jan Hartmann i Jarosław Kaczyński. Nie opinia jakichś tam zwykłych proli, tylko salonów, intelektualnej elity narodu. Ta intelektualna elita żyje w swojej bańce, w której pieniądze nawet nie rosną na drzewie — od razu, bez zrywania, wędrują na ich konto. W jaki sposób? W ich pojęciu, gospodarka opiera się na starszych specjalistach do HRu, korporacjach pomagających w unikaniu podatków i zajmujących się księgowością, do tego parę rodzinnych restauracji i gabinetów fryzjerskich. Miejsca na jakiegoś tam prola w tej wizji nie ma, ewentualnie gdzieś tam, jako relikt przeszłości. Ci ludzie mają podejście do pracy jak małe dzieci — ludzie idą gdzieś do biura, dostają pieniądze i finito. Ale na takim gospodarowaniu niczym świat nie operuje. Ta właśnie garstka ludzi, którzy z pracą nie mają nic wspólnego, mają największy wpływ na to, jak na co dzień ludzie myślą, co uznają za inteligentne argumenty, co uznają za społeczny i naukowy, społeczny konsensus. Nie dlatego, że robotnicy są głupi — dlatego, że istnieje cała machina służąca mydleniu oczu klasy robotniczej. Bez niej, kapitalizm nie wytrwałby ani dnia.

Wróćmy jednak do ideowych podstaw wszystkich aktów zgonu, jakie wypisywano już na klasę robotniczą. Skąd w ogóle pomysł, że klasy nie istnieją? Marks nie był pierwszym człowiekiem, który pisał o klasach. Nie jest nawet pierwszym, który pisał o klasie robotniczej. To, co pierwszy zrobił Marks, to opisał, jak istnienie klas nieuchronnie prowadzi do ich zniszczenia — jak istnienie klasy robotniczej nieuchronnie musi doprowadzić do jej zwycięstwa, ustanowienia władzy proletariatu, a następnie komunizmu. W okresie przed drugą wojną światową nikt nie odrzucał istnienia klas. Mało kto odrzucał też walkę klas. Apologeci kapitalizmu wyjaśniali jednak w różny sposób, dlaczego socjalizm nie jest konieczny. Klasy być może istnieją, jednak tak samo jak istnieją płuca i serce, które tlenem zasilają mózg — wszystkie potrzebują siebie nawzajem do życia. Klasy istnieją, ale ich interesy da się pogodzić. Dalej, klasy może i istnieją i mają sprzeczne interesy, jednak w ich wspólnym interesie jest utrzymanie kapitalizmu — bowiem proletariat nie jest w stanie rządzić społeczeństwem. Nawet naziści nie zaprzeczali istnieniu klas, a jedynie stawiali na pierwszym miejscu walkę ras, wobec której walka klasowa ma być tylko tematem zastępczym. Różnie sobie tłumaczono, jednak istnieniu klas nie zaprzeczał nikt.

Współcześnie, dominującą filozofią jest postmodernizm — filozofia która odrzuca wszystkie „wielkie systemy ideowe” które starają się wyjaśnić rzeczywistość. Będąc świadkami dwóch wojen światowych i wszystkich związanych z nimi okrucieństw, postmoderniści obarczyli winą racjonalizm i walkę o postęp. Według postmodernistycznych ideologów — naziści zabijali tych, których uważali za podludzi, bo widzieli historię jako proces walki ras o przetrwanie. Stalin zabijał opozycjonistów i budował gułagi, bo komunizm widział historię jako proces walki klas. Europa skolonizowała i uciskała resztę świata, bo racjonalizm i oświecenie widziały historię jako proces triumfu cywilizacji nad barbarzyństwem, w domu i za granicą. Stąd wyciągnięto wniosek — żeby uniknąć podobnych tragedii, musimy porzucić ideę progresu społecznego. Nie możemy stwierdzić, że jedna cywilizacja jest wyższa czy lepsza od innej, bo byłoby to zaproszenie do wyzysku. Nie możemy tak samo stwierdzić, że dzisiejsza cywilizacja jest lepsza od wczorajszej. Od oceniania społeczeństw kiedyś, tylko jeden krok do oceniania społeczeństw gdzieś indziej. W gruncie rzeczy, wszystkie cywilizacje, systemy moralne, religijne itd. są jedynie metodami patrzenia na świat. Możemy wymieniać je do woli, i nigdy nie dotrzemy do obiektywnej prawdy. Tak można w skrócie opisać główne idee postmodernizmu.

Obiektywną podstawą postmodernizmu był kryzys kapitalistycznej cywilizacji. Obie wojny światowe były wojnami imperialistycznymi, spowodowanymi przez gospodarczy kryzys nadprodukcji. Związek radziecki z kolei przestał być siłą rewolucyjną, w wyniku stalinowskiej degeneracji. Rewolucja światowa, która była jedyną drogą wyjścia z impasu, nie powiodła się. Zamiast tego, kapitalizm zagwarantował sobie okres gospodarczego rozkwitu, uwarunkowanego zniszczeniem ogromu światowych środków produkcji i następującą po tym próżnią inwestycyjną. Wszystko to zapewniło kapitalistom pewną nadwyżkę, którą ze spokojem mogli wykorzystać na zakupienie sobie pokoju społecznego, metodami ustępstw wobec robotników. To, na pewien okres, rzeczywiście stępiło walkę klasową, a dekady spokoju, rozwoju i względnego polepszania standardu życia wywarło ogromny odcisk na świadomości wszystkich żyjących w tamtym okresie.

W tej atmosferze tworzyli zachodni intelektualiści. Drobnomieszczańska inteligencja, akademicy, nie stanowią nigdy siły społecznej samej z siebie. Muszą zawsze opierać swoje nadzieje albo na zwycięstwie proletariatu, albo burżuazji. Ale z jednej strony tragedie kolonizacji, rasizmu, holokaustu, do których doprowadziła burżuazja; z drugiej stalinowska degeneracja Związku Radzieckiego, utożsamianego z ruchem robotniczym, popchnęła całą generację myślicieli ku szukaniu trzeciej drogi. Powojenna akademia wybrała odcięcie od rzeczywistości, bujanie w obłokach i potępianie z moralnej wyższości obu stron — tak kapitalizmu jak i komunizmu, racjonalizmu oświecenia i reakcyjnego buntu przeciw rozumowi jaki miał stanowić faszyzm. Trzecia droga była drogą z powrotem do skrajnego subiektywizmu biskupa Berkleya, do najbardziej reakcyjnych gratów przeszłości. 

Postmodernizm, który odrzuca istnienie obiektywnej rzeczywistości, stanowi ideową podstawę pod to, aby odrzucić istnienie klas — skoro nikt nie utożsamia się jako robotnik, to nie ma klasy robotniczej. Klasa robotnicza istniała wcześniej, ale nie istniała bardziej niż koło gospodyń wiejskich, które wybrały taką formę organizacji i tożsamości. Była przypadkowym faktem społecznym, a nie wyrazem tego, że proletariat rzeczywiście istnieje. Według postmodernizmu, cała rzeczywistość społeczna jest zbiorem tego, jak ludzie wyobrażają sobie świat. Jeśli wszyscy myślimy sobie jako o klasie średniej, to wszyscy nią jesteśmy.

Postmodernistyczna filozofia od początku do końca reprezentuje ucieczkę sfrustrowanej akademii od rzeczywistości, ideowy marazm i beznadzieję, która z akademickiej katedry na szczycie góry Tabor osądza wszystkie systemy za błądzenie, i wzywa do jednego — nie walczcie o zmianę świata, walczcie o zmianę myślenia. Reprezentuje ideowe odbicie tego, że kapitalizm rzeczywiście przestał być systemem postępowym — jednak zamiast przyznać potrzebę zmiany systemu deklaruje się, że postępu i tak nigdy nie było.

Według postmodernizmu, rzeczywistość obiektywna nie istnieje, istnieją jedynie różne obrazy świata, jakie każda jednostka posiada osobno/źródło: portal X (dawniej twitter)


Nawet najbardziej błędne czy szkodliwe systemy myślowe mają nad postmodernizmem tę wielką przewagę, że nie wylewają dziecka z kąpielą, i starają się zrozumieć otaczającą rzeczywistość. Wobec tego, odrzucenie istnienia klas jest niezaprzeczalnie krokiem wstecz, reakcyjną tendencją w filozofii i nauce. Tak jak społeczeństwo kapitalistyczne znalazło się w ślepym zaułku, tak samo filozofia znalazła się w postmodernistycznej drodze donikąd. 

Czemu służy ta rewizja?

Warto odpowiedzieć na jeszcze jedno pytanie. Komu w ogóle służy ta błędna idea, że klasy robotniczej już nie ma? Jako marksiści śmiało i zdecydowanie stoimy po stronie klasy robotniczej. Żeby zwyciężyli, robotnicy muszą przede wszystkim zdać sobie sprawę ze swojej pozycji, siły jaką mają w społeczeństwie, i zorganizować się jako klasa panująca. Podstawowym wymaganiem rewolucji jest właśnie świadomość klasowa wśród robotników. Właśnie dlatego, wszyscy wrogowie klasy robotniczej mają na celu otumanienie pracujących, mają na celu zatomizowanie ich, zniszczenie ich pewności własnych sił, utrzymanie ich w pozycji materiału fabrycznego i maszynki wrzucającej głosy do urny raz na kilka lat.

Od genialnych socjologów, przez świadomych apologetów kapitalizmu, po zawodowych reformistów, którzy muszą jakoś uzasadnić swoją zdradę — wszystkim tym ludziom zależy na tym, żeby socjalizm zakopać jako relikt przeszłości. Nie da się bardziej zakopać rewolucji, niż przez zakopanie w grobie samych jej aktorów. Ale, w przeciwieństwie do twierdzeń postmodernistów, klasy robotniczej nie da się znieść przez przechrzczenie na klasę średnią. Klasa robotnicza obiektywnie istnieje. I nawet jeśli w danym momencie nie zdaje sobie sama z tego sprawy, to nieuchronnie historia pcha ją w kierunku organizowania się. Kapitaliści są już zorganizowani — mają swoje kartele, partie, rządy, lobby. Wszystkie te organizacje mają za zadanie wyciśnięcie ostatnich potów z naszej klasy. Jedynym sposobem, żeby robotnicy stanęli do walki, jest ich zorganizowanie się w ramach swojej klasy. W miarę tej walki, klasa robotnicza odkryje, że mimo aktu zgonu, wciąż żyje, jest silniejsza niż kiedykolwiek. Fikcja akademicka nie jest w stanie zatrzymać rewolucji. Żadne kłamstwo nie jest w stanie zatrzymać idei, której czas już nadszedł.