Odwołanie Miszalskiego spowodowało falę entuzjazmu wśród prawicowych polityków — już zwiastowali nadejście fali, która obali w innych miastach lokalnych polityków KO, i swój rychły powrót do władzy. Już ostrzyli zęby na posadki w Krakowie. Jednak wybory prezydenckie, które odbędą się za tydzień wcale nie zapowiadają prawicowego powrotu, ani nawet nie zapowiadają jakiegokolwiek entuzjazmu. Krakowianie, którzy w dużej liczbie poszli odwołać Miszalskiego, nie mają zaufania do żadnego z reprezentantów polityki kapitalistycznej. W większości, wybory nie budzą żadnego entuzjazmu. Jako marksiści musimy przyjrzeć się temu procesowi, który został rozpoczęty przez referendum odwołujące Miszalskiego, i odpowiedzieć — co to wszystko mówi o stanie walki klas w Polsce?
Zero entuzjazmu dla następców
Ósmego września oficjalnie opublikowano listę kandydatów, którzy zakwalifikowali się do wyborów. Jest ich ósemka. Kilku kandydatów albo nie było w stanie uzbierać wystarczającej liczby podpisów do startu (jak Bocheńczak z Konfederacji), albo byli niebezpiecznie blisko progu (jak Daria Gosek-Popiołek, Sławomir Pietrzyk czy Łukasz Gibała, który na ostatnią chwilę musiał dozbierać kolejną partię podpisów). Przypomnijmy — pod wnioskiem o referendum odwołującym Miszalskiego i radę miasta podpisało się 134 tysiące osób, w 43 z dostępnych 60 dni. Do zarejestrowania kandydata potrzebne było jedynie 5 tysięcy podpisów. Jeżeli każda osoba popierająca referendum poparłaby nawet jednego kandydata, mogłoby bez problemu starczyć podpisów dla 26 różnych komitetów. Tymczasem nawet tak duże partie jak Konfederacja czy Nowa Lewica miały problem z zebraniem minimum podpisów.
Krótko ujmując — krakowiacy byli o wiele bardziej entuzjastycznie nastawieni do odwołania starego prezydenta, niż do jakiegokolwiek z obecnych kandydatów. Taka dynamika jest zupełnie naturalna w okresach budzenia się klasy robotniczej. Większość ludzi nie idzie na protest, wybory, czy nawet rewolucję z gotowym planem co trzeba zrobić, a z poczuciem, że nie da się trzymać rzeczy w takim stanie, w jakim są. Ludzie odwołali Miszalskiego bo czuli, że nie mogą pozwolić aby taka sytuacja jaka jest trwała dalej. Ale nie pojawiła się żadna alternatywa.
Grupom które stały za referendum udało się zwolnić jedną posadkę, opierając się wyjątkowo na poparciu pracujących, ale sami nie mają nic innego do zaoferowania, niż kontynuowanie tego samego systemu. Tym samym otwarły jednak puszkę pandory — wszyscy robotnicy będą mieli w pamięci to, że mogą organizować się w walce przeciw najgorszym przedstawicielom systemu. Nie jesteśmy przeciwnikami wyborów, jednak muszą one służyć jako narzędzie walki klasy robotniczej o jej interesy. Od wygranych przez obecnie rządzących partii wyborów, widać wśród polskich robotników dwa uczucia — z jednej strony chęć wykorzystania wyborów do ukarania antyrobotniczej władzy i wywalczenia sobie nieco lepszego rządu, a z drugiej strony coraz mniejszy entuzjazm i gasnące iluzje co do możliwości osiągnięcia prawdziwej zmiany przez wybory. Wobec małej liczby kandydatów, pochylimy się nad większością z nich żeby przybliżyć jaki „wybór” mają przed sobą krakowscy robotnicy.
Gibała — do czterech razy sztuka?
Po raz kolejny faworytem na razie wydaje się Łukasz Gibała. Aby podsumować karierę polityczną wiecznego kandydata wystarczy jedno słowo — kameleon, Synalek burżuja, który od parunastu lat działa jako zawodowy politykier, od lat współpracuje z Klubem Jagiellońskim, odszedł z Platformy do Palikota w proteście wobec tego, że PO odeszła od „wartości obywatelskich i wolnorynkowych”, dalej w wyborach z 2024 roku wszedł w wyborczy alians z Nową Lewicą i Razem. Przedstawia się jako człowiek spoza starego układu który narósł wokół Majchrowskiego gdy rządził przez 22 lata. Rzeczywiście jest spoza tego układu, i nie jest to żadną teorią spiskową że to właśnie stara klika deweloperów i innych burżujów i lokalnych magnatów zasiedziałych w strukturach administracji walnie przyczyniła się do jego porażki. Bez wątpienia buduje to jego pozycję jako czempiona zwykłych ludzi. Ale nowa głowa układu, albo nawet nowy układ, nie zmienia w praktyce nic, dopóki system pozostaje taki sam. Nawet jeśli miasto zaczęłoby działać według zasad wewnętrznej merytokracji i przestało rozdawać urzędy w spółkach jako łup wyborczy (co jest powszechnie przyjętym standardem wśród kapitalistycznych partii), czy zmieniłoby to fundamentalnie cokolwiek? Nie — dopóki system pozostaje taki sam, można jedynie bawić się w jego pudrowanie albo zmianę pomniejszych szczególików.
Piątkowska — krakowskie przymiarki do krajowej koalicji
Partyjnym następcą kandydatury Miszalskiego ma być Monika Piątkowska, kolejna przykładna polityczka obrotowa — zdążyła już kandydować z list SLD, PSL, PO, po drodze zasiadała w partii Hołowni z której odeszła, gdy wiatry przestały wiać w żagle. Dziś będzie startować ze wspólnym poparciem PSL i PO. Jest jeden ważny element tej kandydatury — ewidentnie widać w tym przymiarki do wspólnej listy dla obu partii w wyborach parlamentarnych. PSL ma od dawna przerośniętą wagę w polskiej polityce, najpierw jako partia-koalicjant dla wszystkich pozostałych, po wyborach z 2023 roku z racji niesamowicie dobrych wyników w koalicji z Hołownią. Dzięki temu Kosiniak-Kamysz wywalczył sobie tekę ministra obrony narodowej i wicepremiera. Ale przerośnięta rola PSLu ma też inne źródło: po pierwsze chorobliwa anty lewicowość Platformy, która z dwojga sojuszników zawsze wybierze PSL zamiast służalczej i irytującej Lewicy, która niestety musi rytualnie wytykać Tuskowi brak postępów dla odegrania swojej roli jako „lewego” skrzydła koalicji business-as-usual. Po drugie, PSL jest przerośniętą machiną, wciąż jest największą partią w Polsce. Brakuje solidnych liczb, ale jeszcze w 2023 roku miała 73 tysięcy członków w całym kraju. Platforma jest liczebnie słabsza, i nie ma praktycznie obecności na wsiach. Tusk nie może sobie pozwolić aby głosy na PSL przepadły, i chce wciągnąć już solidnie wszystkie lokalne struktury w swój własny układzik. Bardzo możliwe, że Piątkowska wygra wybory, i ta wygrana byłaby tylko kontynuacją polityki letniej wody w kranie, jaką Platforma prowadzi w całym kraju. Jej wynik wyborczy będzie mówił nam jedno — jak głęboko upadło poparcie dla Platformy odkąd zaczęła rządzić.
Jan Hoffman — referendalny zbawiciel
Bodaj najzabawniejszym przypadkiem jest Jan Hoffman, jeden z liderów referendum które odwołało Miszalskiego. Referendum, które celowo odgradzało się od wszystkich partii po to, aby bezpiecznie móc zgromadzić cały gniew wobec obecnej sytuacji bez przywiązania się do żadnego bagażu. Co robi lider referendum, który odżegnywał się od oskarżeń o polityczne powiązania, o to że referendum ma tylko zwolnić stołki dla nowych kandydatów? Kandyduje na miejsce które dopiero co zwolnił. Takie cyniczne zagrywki pokazują wszystkim jasno, że od samego początku była to tylko cyniczna zagrywka. Jak każdy inny kapitalistyczny polityk, Hoffman oparł się na gniewie robotników aby pokonać jednego przeciwnika, i utorować sobie samemu drogę do władzy.. Ludzie dobrze o tym pamiętają, i nie bez powodu ciągle znajduje się poza podium. Być może uda mu się osiągnąć przyzwoity wynik, jednak tylko i wyłącznie z powodu miałkości innych kandydatów.
Bocheńczak i Klimek — czy lewica ma powody do radości?
Najgłośniejszym chyba wydarzeniem związanym z wyborami jest to, że kandydat Konfederacji nie osiągnął wystarczającej liczby podpisów i nie wystartuje. Fala radości przelała się wśród lewicowych partii i polityków — tylko czy słusznie? Lewica regularnie straszy wizją powrotu faszyzmu, wtórując a nawet przekrzykując liberałów w tym temacie. Zupełnie nie zgadzamy się z tą analizą, ale zakładając rzeczywiste zagrożenie faszyzmem — czy jedno elektoralne potknięcie ma być znakiem do demobilizacji, świętowania i tracenia czujności? Jeśli rzeczywiście koledzy z parlamentarnej lewicy wierzą w to zagrożenie, to nie powinni pozwalać na to, żeby to jedno potknięcie służyło zmniejszeniu czujności wobec tego zagrożenia, a sami się do tego przyczyniają. I przede wszystkim — jeśli to zagrożenie faszyzmu, przywoływane co drugie słowo, mamy brać na poważnie i rzeczywiście bronić się przed pojawiającymi się okresowo prawicowymi prowokacjami i pogromowymi awanturami, to nie możemy pokładać iluzji w siłę wyborów, a musimy jasno deklarować, że tylko mobilizacja robotników i młodzieży może pokonać faszyzm.
Po drugie, jeden konfederacki kandydat odpadł, ale startuje drugi — przedstawiciel partii Brauna, jeszcze bardziej radykalny i prawicowy. Czy rzeczywiście są powody do świętowania w sytuacji, gdy obie Konfederacje zbiorą wyborców pod jednym kandydatem, do tego tym skrajniejszym? Porażka Bocheńczaka może i jest dla nas zabawna a dla Konfederacji kompromitująca, ale czy wzmocnienie skrajnej prawicy w postaci Klimka jest jakkolwiek warte świętowania?
Lewicowe trio — czy ktokolwiek ma rozwiązania dla pracowników?
Przeszliśmy pokrótce przez większość kandydatów o których warto jest coś wspomnieć. Jednak jako lewicowa organizacja najwięcej słów krytyki i analizy zachowamy dla tych, którzy przedstawiają się jako lewica. Trójka lewicowych kandydatów będzie startować w tych wyborach. Czy ktokolwiek z nich jest warty naszego głosu?
Zacznijmy od najmniej znanego kandydata — Sławomir Pietrzyk z Socjaldemokracji Polskiej. Czy dla osób które nie chcą głosować ani na Nową Lewicę ani Razem nagle pojawił się zbawca? Uspokajamy — partia Pietrzyka startowała razem z Nową Lewicą i Razem w 2023 roku, w 2025 poparła Monikę Piątkowską w wyborach uzupełniających do senatu, w sprawie referendum nawoływała do bojkotu broniąc tym samym Miszalskiego. Dodatkowo, sam Pietrzyk w latach 2010-22 był wiceprzewodniczącym rady miasta przy Majchrowskim. Jego kandydatura służy jedynie wskrzeszeniu karier politycznych garstki aktywistów jego partii.
Daria Gosek-Popiołek, była polityczka Razem która wybrała wasalną służalczość wobec Tuska zamiast prób jakiejkolwiek walki o samodzielność polityczną lewicy, kandyduje z kontynuacją tego właśnie celu — przykrycie Razem aby usunąć jakiekolwiek zagrożenie może być z lewej flanki dla Platformy. Samo to powinno być wystarczającym argumentem dla każdego lewicowca, nawet socjaldemokraty, przeciw głosowaniu na tę agentkę Tuska wśród lewicy. Jej program nie zasługuje na żadną większą uwagę, bo jej rolą jest utrzymanie robotników na smyczy liberałów.
Kandydatura Aleksandry Owcy jest jedyną, który jako marksiści możemy podjąć na poważnie. Partia Razem przez lata współpracowała z prawicą reformizmu, przyspawaną do Tuska, jednak rosnąca niechęć do rządu popchnęła Razem do niezależności. Nie mamy żadnych wątpliwości, że gdyby fortuny były lepsze siedzieliby wciąż w koalicji. Jednak niezależnie od przyczyn, cieszymy się z nowo znalezionej odwagi naszych reformistów. Razem niewątpliwie oferuje najlepszy program dla robotników jaki padł w tych wyborach. Rzeczy, o których w swojej kampanii rzeczywiście dotykają problemów naszej klasy — masowe zwolnienia, dominacja kamieniczników którzy domagają się czynszów wartych większość naszych wypłat, używanie aparatu państwa jako źródła łupów dla partyjnych ziomków etc. Program Razem jest typowym reformizmem, dodalibyśmy — miałkim, ostrożnym reformizmem. Wsparcie prawne dla zwalnianych pracowników, podatki od pustostanu, płatne staże organizowane przez samorząd, wszystko byłoby zdecydowanie lepsze od pozostawienia całości rynkowi. Nie dziwi nas w żaden sposób to, że część lewicowców wiąże z nią nadzieje, albo woli zagłosować zamiast bojkotować wybory. Jednak jako marksiści musimy mówić jasno — to wszystko to za mało żeby rozwiązać problemy naszej klasy. Wszystkie te miałkie polityki to plasterek przylepiony na złamanie otwarte. Reformiści powiedzą — tak, ale samorząd nie ma wiele władzy, więc nie możemy obiecywać więcej. Oczywiście że nie ma — ale robotnicza partia nie może używać wyborów i tym bardziej lokalnej władzy jako celu samego w sobie! Szczególnie wybory w których, bądźmy szczerzy, Razem nie ma szansy na zwycięstwo, należy wykorzystać właśnie po to, aby dotrzeć z lewicowym programem do szerszej ilości osób, łączyć problemy lokalne z problemami całego systemu, a nie pisać program z założeniem, że musi być zjadliwy i wykonalny z użyciem obecnego systemu. Wybory samorządowe nie zmienią nic, nawet bardziej od parlamentarnych. Pełna zgoda — ale nie możemy zamykać horyzontów polityki robotniczej na czas każdych wyborów do tego stopnia, który jest wyborczo osiągalny, czy legalnie osiągalny.
Jak partia robotnicza mogłaby wykorzystać lokalne wybory?
Jako marksiści nie odrzucamy z samej zasady uczestniczenia w wyborach czy poparcia dla konkretnych partii, bez porzucania własnego programu. Musimy jasno powiedzieć, czym różni się komunistyczna polityka co do wyborów od tej, którą prezentuje nam parlamentarna lewica.
Po pierwsze — wybory nie mogą być dla partii robotniczej ani jedynym, ani głównym aspektem działania. Partia robotnicza nie może być machiną wyborczą, wskrzeszaną okresowo z letargu, która na co dzień operuje jak każda inna parlamentarna partyjka — bez udziału partyjnych dołów, z władzą układów na górze. Razem popełniło tutaj niejeden błąd, ale w tym wypadku największy o jakim trzeba wspomnieć, to brak poparcia dla odwołania rady miasta. Partia Razem poparła odwołanie Miszalskiego, ale nie wspomnieli o radzie miasta nic — i powód zapewne był taki, że Aleksandra Owca jest w niej radną, i nie chciano tracić tego jednego miejsca. Ale nawet w razie gdyby stracono i radną i przegrano wybory — Razem zyskałoby moralne, polityczne zaufanie, pokazałaby że jest rzeczywiście partią spoza systemu, że gra o coś więcej niż stanowiska dla swoich członków. Jeśli partia nie jest w stanie przetrwać poza władzą, bez państwowej dotacji, to jest stałym zakładnikiem burżuazyjnej „opinii publicznej” i wyników wyborczych.
Po drugie — cała lewica dystansowała się od krytyki Strefy Czystego Transportu. SCT zostało wprowadzone przez liberałów, i spotkało się głównie z krytyką prawicy. Prawicowe partie mają w tym rzeczywiste poparcie robotników, którzy widzą kolejny podatek nałożony na ubogich. Jednak Konfederacja i inne podobne partie z klasowego problemu (podatki są kwestią klasową wyzysku robotników) zamieniają SCT w kolejny element wojenek kulturowych: oto eko-komuniści z Unii chcą zabrać polakom auta i zmusić do jedzenia robaków. Ten przekaz rzeczywiście dotyka obaw klasy robotniczej o pogłębienie proletaryzacji — zamiast mieszkań i pojazdów na własność „system” chce zamienić każdego w najemnego niewolnika. Każdy z nas jest już najemnym niewolnikiem. Obawa o utratę resztki własności jest podstawą tej prawicowej narracji.
Ale SCT to tylko jeden przykład zielonego austerity jakie szykują nam „lewicowi”, „liberalni” politycy. Kapitalizm stoi za zmianami klimatu i całym szeregiem problemów związanych z jakością powietrza, wody etc. Ale reformiści nie widzą głównego wroga w kapitalizmie, tylko w prawicowych partiach, które okrzykują jako nadchodzący faszyzm. Sami padają ofiarami wojenki kulturowej, w której ataki na robotników są przedstawiane jako lewicowe i uśmiechnięte, a przeciwnicy są denialistami zmian klimatycznych i faszystami — i skaczą do obozu liberałów. Marksiści muszą mówić jasno — zielone podatki są kolejną metodą wyciskania ostatnich potów z klasy robotniczej. Musimy jasno przedstawiać naszą krytykę, właśnie po to, aby jedynymi krytykami nie pozostali prawicowi fanatycy węgla i ropy. Nie wspieramy demontażu prywatnego transportu czy zamykania kopalń węgla w ramach kapitalizmu, bo będą to tylko kolejne ataki na robotników. Mówimy jasno — tylko socjalistyczne społeczeństwo jest w stanie zagwarantować działający transport publiczny i nowe miejsca pracy dla osób które straciły pracę w związku ze zmianami gospodarczymi które muszą uratować klimat. Dopóki jesteśmy w kapitalizmie — jesteśmy przeciw zamykaniu kopalń i przeciw nakładaniu podatków za auta spalinowe.
Po trzecie — fundamentalnie, partia robotnicza musi wykorzystywać wybory nie jako cel sam w sobie, nie moderować się tak, aby nie krytykowały nas media bogatych i żeby napisać program który rzeczywiście może przejść tu i teraz. Fundamentem wyzwolenia klasy robotniczej jest zniesienie kapitalistycznej własności. W każdym kraju burżuazyjnym jest to niekonstytucyjne. Czy mamy zamiar porzucać podstawowy cel naszej klasy aby zachować tę czy inną konstytucję? Odpowiedź brzmi — nie. Musimy używać każdego legalnego otwarcia jakie daje nam kapitalistyczna demokracja, w celu krytyki całego systemu i budowania sił naszej klasy. Wyzwolenie robotników drogą parlamentu jest fundamentalnie niemożliwe.
Budujmy siłę klasy robotniczej!
Wybory są w państwie kapitalistycznym zawsze tylko miernikiem poziomu dojrzałości politycznej robotników. Nie są w stanie nic zmienić, poza wymianą jednego zestawu wyzyskiwaczy na inny. Nie są też dobrym przedstawicielem świadomości, bo ludzie głosują z różnych powodów: lojalności, przywiązania do barw partyjnych, lokalnych kandydatów, a nie tylko i wyłącznie programów partyjnych. Są tylko jedną kliszą z całego procesu zmian w świadomości społecznej. Tegoroczne referendum i wybory są dobrym barometrem który pokazuje jak rośnie w polskim społeczeństwie ciśnienie i nienawiść do systemu. Nie wyraża się to w socjalistycznej świadomości — jesteśmy na początku tego procesu. Proces budowania świadomości klasowej jest długi, ciężki i naznaczony sprzecznościami. Każdy krok naprzód jest jednak zwycięstwem dla ruchu robotniczego.
Wybory parlamentarne w przyszłym roku prawie na pewno będą skutkować powrotem prawicy do władzy. Przed nami światowy kryzys gospodarczy na skalę nie widzianą od dekad, reakcyjne ataki na prawa kobiet i robotników jakich powstydziłby się Kaczyński. Wszystko to będzie powodowało rosnący sprzeciw robotników i młodzieży. Potrzebujemy siły, która będzie w stanie poprowadzić ten rodzący się gniew — nie na rzecz zmiany tego czy innego posła, tej czy innej ustawy, a w celu obalenia całego systemu kapitalistycznego. Potrzebujemy budować tę siłę już dziś. Zapraszamy do tego wysiłku każdego, kto nie chce patrzeć biernie jak kapitaliści urządzają nam świat.
